środa, 6 lipca 2016

Fioletki


    Zrywając pietruszkę i szpinak zauważyłam, że zakwitły osty
i chyba wszystkie bąki z okolicy przyleciały i ssały na umór kwiateczki :-)

        Dzisiaj podczas karczowania zieleniny załatwiłam na cacy prawe ramię i przedramię, nawet na blacie biurka nie mogę ręki położyć, ałć! Boli łokropnie, poszarpane i spuchnięte, pół buteleczki wody utlenionej zużyłam lecz nie zaprzestałam dalszej walki z ogrodem mimo odniesionych ran :-)
     
        Po obiedzie mówię bajkową intonacją:
a po deserze udali się do ogrodu sortować śmieci :-)

wtorek, 5 lipca 2016

Prac ogrodniczych ciąg dalszy

Cytat dnia:
"Ludzie, których kochamy ZAWSZE są piękni " :-)


Wczoraj pas pod krzaczkami wyczyściłam :-)


zostawiłam tylko roślinki jakby skalniaczkowate przyziemne niewypuszczające chabziogów :-)

       Pod winogronami już to wszystko zniknęło, oprócz irysa i piwonii, w bezsensownym miejscu siedzą :-(
Przesadziłabym bo straszliwie zmarniałe między krzakami malin, a winogronem.
Nie chcę zniszczyć ale do wielkich donic bym je dziabła, ale jak zmarnieją?! :-(
    Szalałam i nie obyło się bez ran, eeeh... nie mam żadnych narzędzi oprócz zardzewiałych pazurków i motyczki :-)
    Aż strach pomyśleć gdym dorwała jakieś leciutkie nożyce elektryczne lub, nie daj Bóg, piłę lekką i zgrabną :-) Śmieszne, do tej pory nie miałam żadnych zadrapań ani ran od kocich, teraz całe ręce poranione, dłonie w stanie krytycznym, więc od dzisiaj uczę się robić wszystko w domu i ogrodzie w rękawicach, ciężko idzie, zapominam nakładać tych gumiaków :-)
    Rwąc z impetem chwasty, pod agrestem, machnęłam ręką ku górze, i wbił się aż po samą podstawę kolec agrestowy długości 2cm,
poczułam jakby ktoś się zamachnął i dał zastrzyk, spojrzałam, a moje przedramię przyklejone do gałązki, głupio uczucie gdy trzymałam gałązkę odciągając rękę, bleh!

Chcę się pozbyć tych winogronek, wypuściły tylko jedną kiść i takie to zapuszczone i brzydkie :-(

tu też wszystkie roślinki wyrwałam bo zasłaniały krzaczki o było straszne zagęszczenie pod spodem
Podlewam codziennie azalię i odżyła :-) mimo, że po kwitnieniu to wypuściła jeden różowy pączek :-)




      Pomponiaste (nie pamiętam nazwy też krzaczka) też prawie były niewidoczne,
teraz dostały światełka, deszczyk dotarł do korzonków i byłam w szoku dzisiaj rano,
no nie ten sam krzak co parę dni temu :-)

     Ale zmartwiłam się nieco, zauważyliśmy, że poprzedni właściciel, wszystkie słupki umocowane w ogrodzeniu zalał maksymalnie starym paskudnym olejem silnikowym, beton na grubo zalany, Odskrobałam tam gdzie udało mi się dojść, ale pomysł od czapy, przecież to ma wpływ na ziemię i roślinki! :-(

     I juka com ją prawie wyszarpała, biorąc za chwasta zakwitła po wyjęciu na światło dzienne :-)
Roślinki wreszcie odzyskały wolność :-)

I pierwsze ziemniaczane zbiory.
Głęboko pod ziemią podczas wykopywania czosnku zahaczyłam przypadkiem, wielkim i nieporęcznym narzędziem, o łodygi ziemniaczane tom wygrzebała, łapskami niczym kret, co było pod krzakiem :-)


I już na obiad zestawik do zupy gotowy ;-)
     
Zebrałam wszystkie porzeczki, które rosły na marniuteńkim krzaczku, większość gałęzi martwych musiałam usunąć sekatorem :-( 
      Udało się też uratować troszkę wiśni przed szpakami, 
drzewko wysokie to i tak dla nich większość pozostała,  

Piękne kulki,
jak embrioniki :-)




niedziela, 3 lipca 2016

W nowym domu :-)

Na ścianach różne landszafciki, jeden przebija wszystko :-)
TAAAA DAAAMMM!


      Dziś pojechaliśmy na wieś kupić kosiarkę i podkaszarkę z OLXa,
pan dał nam 10 jajek od swoich kurek :-) mniej więcej wiemy jak się kosi trawę :-)
      Później już tylko wycieczka po węża, końcówki i złączki do niego. Kupiłam wycieraczkę antykurzową :-) przydałaby się jeszcze taka antybłotowa :-) Wywaliłam paskudne wiekowe i wytarte wycieraczki pookręcane ręcznikami lub szmatami, raaany co za przedpotopowe metody!
     Jutro czyli dziś (minęła 4 rano) wyrzucę dywan z korytarza wejściowego i planuję ściągnąć chodniki z 7 kondygnacji schodów (o mammma mija!) nie wiem jak to nazwać, 7 ciągów schodowych może ;-) no jakoś mi nie leżą te całe chodniczki rodem z PRLu, wolę goły beton, znaczy lastriko. Do każdego schodka chodniczek przymocowany jest prętem żeliwnym, ratuuunkuuu!
   Całą noc leje, wreszcie mokra ziemia i posieję nasturcje i rezedy :-) szkoda, że trwa mokra to nie pokosimy :-(
Kwiaty w skrzynkach i donicach przytaszczyłam i poustawiałam na balkonie 1go piętra, cześć poprzesadzałam.
    Na drugim piętrze zrobiłam tylko 4 doniczki :-( tam robię wszystko na biało z moich starych szkliwionych donic. I chcę kupić krzesełka na ten kuchenny balkon. Na strychu jest stara szafka wisząca pomalowana na biało, chyba zrobię z niej szafkę stojącą, po wymierzeniu jej i balkonu będzie pasowała idealnie, ale raczej na krótko bo to paździerz to nasiąknie i spuchnie. Jak kupimy siatkę dla kotów to będą miały leżankę :-)

   Altana, z bezpośrednio bliskim widokiem na wejście i ścianę domu, jest okropna, cała z żeliwnych prętów połączonych brzydko i zarośnięta pnączem. Jest jak mroczna czarna dziura i spędza mi sen z powiek, chcę całą rozwalić wraz z podłożem z płyt chodnikowych. Wyrzucić z niej stare i zarośnięte meble plastikowe, i całe tałatajstwo typu plastikowe donice, skrzynki, wiadra, szmaty i rękawice gumowe.
    Śmieci zebraliśmy tyle, że już worami zastawiamy trawnik, a końca nie widać :-( Multum worów z zielskiem, które wyrwałam.
Kupiliśmy ładny nowy śmietnik na kółkach na śmieci codzienne za całe 150zł - ździerstwo, brzydzimy się starego śmierdzącego kosza co bezpośrednio w niego ciepali brudy, bleh, i wywieziemy go na wysypisko.
Chcemy wywalić stelaż na inne śmieci, mamy już nowy z ALBY - ten dają gratis.


Stan opłakany, jeszcze ta nierówna wylewka!

     Wcześniej przywlokłam ze strychu pled i poduchy by ciut ocieplić atmosferę do obiadu i podjęłam próbę oczyszczenia stołu i ławki druciakiem.
I cóż, że zdarłam szary nalot, z części, skoro jest szorstka i się z niej sypie :-(
    Wolałabym ładne delikatne mebelki drewniane, ławkę, dwa fotele i niziutki stoliczek lub z techno rattanu. Piękne widziałam dzisiaj metalowe i siedziska z siateczki, mmm... jakie wygodne, ale cena za krzesełko 400zł, łooj!
  

Cały czas wywalamy tynki ze ścian spalonego komina, śmierdzi okrutnie, 
nasza ściana jeszcze nieruszona, a i tak cuchnie :-(

Wyłamałam dwa wysokie pnącza, niestety pozostała wbita w ziemię ogromna krata ze stalowych prętów. A jedna z wielu winorośli została wyrwana z flakami :-)

Pierwsze zbiory z ogrodu :-)




 Codziennie zbieram agrest i czerwoną porzeczkę :-)
 Hyc na chwil parę do ogródeczka i pełna jest miseczka! :-)

     
     Pierwsze ogóry małosolne.
No nie było czasu wcześniej, w tej całej gorączce przeprowadzkowej
Koper z ogrodu, liście winogron, porzeczki i wiśni i czosnek, za to ogórky kupione w sklepiku :-)

   I mój nowy nabytek, moja duma :-) hortensje różowa i niebieska :-)
Od dawna marzyłam by stać się posiadaczką tego kwiecia, są tak niezwykłe, cudne z tymi zmianami kolorów w zależności od kwaśności ;-) ziemi :-)
   Przepiękne, nie chcą tylko nowych pąków wypuszczać, martwię się, że zaraz przekwitnie i bedzie po ptokach :-(



 Już zakwitły ziemniaczki :-) i niedługo zbiory.
 Uwielbiam wykopywać, jak kret, te maciupkie kuleczki:-)

      Koty pasjami kochają bałagan i gałgany, no muszą zwalić swe ciałka tam gdzie jest najgorzej :-) Eh ta przedpotopowa amerykanka (albo ćapcian) z lat siedemdziesiątych,
my się usiąść boimy, za to koty ją ukochały (druga taka brzydula siedzi na strychy, brrrr) dla nas to ona jak szafa, rzucamy co popadnie ;-) a Czesiek jakoś od tyłu wpycha się do środka i w niej biega, szok! :-)
  Ot początku poszukiwaliśmy kabelka do kompa, po uprzątnięciu tego na czym śpi Eryk, się okazało, że tam kabel ukochany z wtyczką pomieszkuje :-)

     A tu w nocy Czesławik uwalony w towarzystwie wkrętarki i wiertarki, w objęciach trzymający książkę o urządzaniu strychu wow! :-) No kocur przeżywa, że jego państwo nieogarnięci!

     I kolejny ewenement :-)
Jedna wanna dwie baterie jednocześnie ku niej skierowane, heh! :-)
Pierwsza na gaz, druga na prąd, znaczy woda nie kran :-) i jeszcze oznakowania wody na odwrót pozamieniane.
Ot taka siurpriz! Myśleć,  że wrzątek się leje, potem wpakować tyłek do lodowatej wody i kwiczeć! :-)


    Piękne dzwonki, lecz cóż!

      Ja niedobra wyszarpałam wszystkie z korzeniorami, ogólnie multum kwiatów wykarczowałam do żywej ziemi, jakieś orliki, naparstnice, lwie paszcze, rumianki i sama nie wiem co jeszcze się pod łapska nawinęło :-)
      No nie podobują mnię się nakaszanione zarośnięte pod spodem krzaczki owocowe :-(
Tam ma być czysto albo coś przy samej ziemi, a nie krzaczory i badyle uschniętego kwiecia!
      Wieczorami, jak już padam na pysk, od biegania z ciężarami po piętrach, uskuteczniam, ostrą czystkę ogrodu do późnego zmroku, jakby tam było światło latarni skierowane to i całą noc bym młuciła zielsko :-)
      Jak na razie robota ręczna, nie dorobiłam się żadnych narzędzi :-( mam tylko parę rękawic podszytych gumą, no to łomoczę na ile siły pozwalają :-) Sporo też młodych krzaków malin wykarczowałam, niedobre przebijają rękawiczki i kaleczą dłonie ale i tak największe rany odnoszę zbierając agrest. Do agrestu to chyba rękawice z azbestu :-)


     Nie wiem co to za chwast ozdobny.
Konsultując się z sąsiadem zza płotu, podpowiedział, że to fioletowe osty. Ot odkrycie! :-)
Wysokie bardzo, i całkiem spore zarośla tego, no jeszcze nie doszłam tam taranem, czyli swą własną osobą, pancernych rękawic z blachy mi chyba potrzeba :-(

      Ciągle jemy to co ogrodowe.
O rukoli stary gospodarz nie wiedział, że ją ma, a ta rośnie w większości na ścieżkach, od sąsiada pewnie przylazła kochna taka.
   Z daleka pomyliłam z mleczem i szarp go za łodygi, a tu zapach znajomy i jakże miły :-) Multum tego w krzakach jagody kamczackiej siedzi. A same jagody mi się nie podobają, bezczelnie zarosły ogrom terenu dziody jedne, pryyych! Wykarczuję je, jeszcze nie wiem jak, ale rukola zostanie :-)

      Jedzenie to robię w locie, prawie nie śpię z ogromnego przemęczenia i wyczerpania,
durny organizm jakiś posiadam, zamiast paść na ryj i spać to czuwanie mu się włącza!

Sałatka:
szpinak,
trzy rodzaje sałat w tym rukola,
cebulka młoda bardzo,
ze sklepiku: żółta papryka i indyk com do marynowała w młodym czosnku i oliwie z przyprawami.

    Do zimnych sałat i warzyw gorący indyki ciap i przemieszałam tak by co zielone ciut zwiędło dla smaku :-) i do lodówki by się mocno schłodziło,
 jako dodatek młode ziemniorki zimniutkie z majonezem - multum kopru i szczypiorku z ogrodu :-)

       Szybki deser - kisielek z przetartych wiśni, agrestu i porzeczek, pogotowanych krótko w syropie cukrowym.
Wiśnie pycha prosto z drzewa, szpaki aż piszczą tak im smakują i drzewem wiuchają, chyba przenoszą owoce w paszczach, balkon na drugim piętrze uciapciały gadziny :-)

       Nie jestem zbytnio szczęśliwa. 
Nie mogę dostać się do czereśni, zarośnięte są malinami i ziemniakami, nijak przebrnąć do nich :-( jak tylko stalowe galoty nabędę to przelazę.

Wielkie zmiany czyli już mieszkamy w nowym domu :-)

     Pakowaliśmy i pakowali, potem przeprowadzka i wreszcie w nowym domu :-)
Dom jako taki nie nowy, bo starowinka do remontu tylko nowy jako miejsce :-)
     Już chyba tydzień mieszkamy, fotek trochę porobiłam ale cóż, w szale pakowania trudno spamiętać gdzie co się wsadziło i niestety pociorałam czytnik kart, buuu.
Dzisiaj się czytnik znalazł, więc nieziemsko zmęczona wreszcie zasiadłam by obejrzeć zdjęcia, nie mam siły na wsadzanie ich w ramy.

Eryk jakby czuł, co się święci, i się sam pięknie zapakował :-)

i zasnął



 puste mieszkanie więc się Czesiek na książkach uwalił i spał

          Ostatnie chwile przed wyprowadzką, koty i kocie bety pojechały na końcu.
W drodze nie obyło się bez rzucania się, kocich ryków, jęków, krzyków, syczenia, buczenia, bulgotania niskim gardłowym głosem i łomotania pazurskami oraz łapskami w klaty :-)

      

    Tu już w nowym miejscu.
Zaleganie na parapecie kocur uskuteczniał, 
"a ty człowieku się uwijaj z tym noszeniem kartonów bo mnie się tutaj nudzi przecież!" :-)
Czesiek wygląda jak Buba Bubczyk nastroszony, Huba Buba Bubczyńska i gruba :-)

Bałagan taki, że mózgownica mała, minął tydzień, a my nadal śpimy na materacu i mieszkamy wśród kartonów, które wiecznie przekopujmy w poszukiwaniu wszystkiego.
Po przyjeździe priorytetem było ustawienie biurka i oczywiście podłączenie kompów :-)

        Gdy tylko przyjechałam zaraz było noszenie pudeł, i bieganie po piętrach w koszmarnym upale.
Luzem leżała niekompletna (bez stelaża) choinka, przeznaczona do wyrzucenia :-( no to złapałam i posadziłam na dracenie siedzącej w wysokiej donicy :-) no i choinka już się dobrze poczuła. 
      Ludzie przychodzili pod dom podziwiać, to błyszczące i skrzące się cudo, w środku lata :-)

      Czerwone obok to grubaśny Bubo-kołek ;-) na donice poprzedniego właściciela - trzeba to wyłamać i spalić bo straszy :-) Jutro zrobię fotę największemu babolowi jaki zostawił stary gospodarz, MASAKRRRRA! :-)
   
       I najprostsze lody świata robione w spartańskich warunkach wykonane.
Wystarczyła:
puszka karmelu, 
duża butla wiejskiej śmietany,
 łyżeczka soli 
i zamrażarka :-)
       Żadnego trząchania piany, cudowania tylko wszystko zamieszałam, potem co godzinkę bełtałam widelcem no i można się było rozkoszować lodami karmelowymi z solą,
       Moje polałam, dla kontrastu smaków, niewielką ilością espresso i te proste lody teraz stały się moimi ulubionymi ukochanymi :-)
       Wcześniej kupiliśmy lody o tej samej nazwie w pudełku, w sklepie, zdały nam się  bardzo smaczne,to zrobiłam sama i jednak porównując do domowych to nie ma porównania :-) rewelka, krótki skład, bez całej tablicy Mendelejewa :-)



       W tym całym, burdello bum bum, nie byłam w stanie znaleźć gałkownicy,
natrafić się za to udało na łyżeczkę do robienia kulek z melona, i BĘC! I powstało całe multum małych kuleczek :-)