poniedziałek, 5 października 2015

Domowa zdrowa czekolada ;-)

Czekolada orzechowo-morelowa

1 łyżka oleju kokosowego nierafinowanego
1 łyżeczka kakao lub karobu
1/2 łyżeczki miodu
orzechy
owoce
przyprawy

        Olej kokosowy wyjmuję z lodówki, nożemy odkrawam kawałek i zostawiam na noc w temperaturze pokojowej by zmiękł.
Dodaję kakao, miód, mieszam, wylewam na papier do pieczenia, posypuję owocami, orzechami i innymi dodatkami. Wstawiam do zamrażarki na 20 minut.
Po tym czasie mam gotowy płat czekolady.
        Wyżej podałam małą jednorazową porcję na jedną osobę, a że jestem łakomczuchem, robiłam z potrójnej porcji ;-P
Za pierwszym razem zrobiłam idealnie wg. przepisu, drugą przewaliłam, bo zmieszałam wszystko i dopiero wylałam, no i zbryliła się na papierze twarda góra, którą z ledwością udało mi się rozpaćkać po powierzchni :-)
       Dodałam młode orzechy laskowe i zamrożone morele. Morelki zaczęły się roztapiać, chyba ten owoc straszną ilość wody musi gromadzi,ć bo czekoladę trzeba było szybko zjadać tak się rozwadniać zaczęła od owoców.
        Zapach kokosu nieziemski, mniamć, owoce miękkie, bardzo soczyste i pyszne chrupiące orzechy. Mam ochotę na zrobienie czekolady z wiśniami, ostrą papryką i bryłkami soli :-)

Moje połamańce 



Quadcopter dron kieszonkowy Pocket Drone 124 - moje zakupy w Chinach


W zestawie:
Dron
Nadajnik, pilot zdalnego sterowania
Kabel USB do ładowania drona
Instrukcja w j.angielskim i chińskim


Odbiornik: 2,4 GHz 4 Kanały
Czas lotu: ok 4-5min
Czas ładowania: 20min
Baterie do nadajnika: 4 x bateria AA
Szerokość / długość: 70mm x 70mm - wysokość: 27mm
Rozmiar pilota: 140 x 85 x 40mm
Bateria/akumulator: 3.7V 100mAh
Masa do lotu: 13g 
Zasięg kontroli: 50m










sobota, 3 października 2015

Sobotnie leniuszkowanie

 Cytat dnia:
Człowiek nie został wymyślony tak, aby musiał w sztuczny sposób spalać tłuszcz, wykonując bezproduktywne ćwiczenia. Natura nie stworzyła żadnego innego gatunku w taki sposób, aby był otyły prowadząc po prostu normalny tryb życia. Trzeba odszukać właściwy dla siebie sposób żywienia, pasujący do trybu życia, a wróci zdrowie, kondycja i dobra figura. Nie jest to łatwe, ale gdzie tu rozum - najpierw żreć na umór, byle co, byle jak, a potem godzinami uprawiać bezproduktywną aktywność typu ćwiczenia, albo siłownia :-)

Wpadłam w nałóg i znów zrobiłam pieczoną paprykę marynowaną w cytrynie i czosnku.

Moje futereczko Czesiulek :-)

Obraz przez zepsuty obiektyw, który lekuchno rozchyliłam :-)

Takich pomidorów to się nie kupi



czwartek, 1 października 2015

Chciejstwo :-)

 Cytat dnia:
Wymagania są po to, aby je negować :-)


              Nieeee noo, REWELACJA!!! Muszę to mieć, stuprocentowo wpasowuje się w moje sarkastyczne poczucie humoru, ha haaa.


czwartek, 24 września 2015

Pieczona papryka przepyszna

1kg czerwonej papryki
3 ząbki czosnku
1 duża cytryny
oliwa z oliwek
4 ziarenka pieprzu
kopiasta łyżeczka soli



          Papryki umyć, przekroić każdą na pół, oczyścić z pestek i miękkich błonek.
Ułożyć na dużej blaszce, na papierze do pieczenia, dupkami w górę czyli przecięciami w dół.
          Nagrzać piekarnik do 180 stopni, piec około 20 minut, ale najlepiej do momentu gdy pojawią się na papryczkach bąble, lekuchno poczernieje i rozsieje wokół zapach doprowadzający do obłędu.
          Czasem potrzeba nawet i 40 minut, by była w odpowiednim stanie.
Gorące kawałki papryki bardzo ostrożnie przenieść do plastikowej torby reklamowej, do przenoszenia użyłam szczypiec silikonowych. 
Torbę szczelnie zamknąć, zakręcić, uważając przy tym by się nie oparzyć.   
        Gdy papryka ostygnie wyciągamy ją, zdzieramy skórki, i każdą połówkę nożykiem dzielimy na 4 paseczki. W worku zbierze się sporo wody.
          A teraz przystępujemy do marynaty.
Myjemy, szorujemy cytrynkę, ścieramy samą skórkę, bez tego białego świństwa. 
Robię to przy pomocy zestera, lecz jeśli nie ma tego ustrojstwa w kuchni, można zetrzeć na tareczce drobniutko. Podczas tarcia nie pogrążać się w marzeniach i nie czytać gazety, jeśli nie chcemy papryki z wkładką mięsną. 
        Wyciskamy sok z cytrynki (pestek nie potrzebujemy). Wszystkie składniki w naczynku  niewielkim umieszczamy.
Obieramy czosnek, używamy wyciskacza lub drobno siekamy. Uwaga na palce! 
Do soku, skórki i czosnku dodajemy sól. No i mieszamy teraz do rozpuszczenia się soli. 
Marynatą zalewamy obrane papryki, mieszamy dokładnie i możemy udać się spać. Papryka w zalewie powinna przebywać około 24 godzin.

       W następnym dniu, odsączamy paprykę z marynaty, jej ilość się powiększy :-)
Marynatę zlewamy do garnka, dolewamy około 1/2 lub 3/4 szklanki oliwy z oliwek, zmiażdżony pieprz. 
       Mieszamy podgrzewając do 80 st.C. 
Gorącą marynatą zalewamy paprykę i szybko, acz ostrożnie, przekładamy do przygotowanych słoików, które szybciutko szczelnie zamykamy. 
      Po ostygnięciu papryka już jest gotowa do spożycia, oczywiście można ją przechowywać dłużej jeśli nasze kubki smakowe są w stanie to wytrzymać.
      Gdy ktoś lubi przetwory przetrzymywać latami słoiczki należy pasteryzować czego nikomu nie życzę, potworne zajęcie, brrr, i przy okazji można paluszki oparzyć ;-P

Sezon na dynię

 Dynia czosnkowo-ziołowa


         Pokroiłam dynię Hokkaido, huuuh!
 I to można zaliczyć jako ogromne wyzwanie, heh,
ćwiartowanie tego gatunku dyni jest nie lada wyczynem. Jest twarda, bardzo twarda jak skała twarda.
          Po mozolnym wbiciu noża, na głębokość 3-5mm, już się nie rusza ani nóż ani dynia :-)
 Później jest tylko gorzej :-) trzaska się nożem wraz z uczepioną do niego dynią, w deskę, w blat, w co popadnie, może być ścianę nawet, bo noża wyjąć nie sposób, nie da się go nawet przesunąć :-)
          Więc szaleje się jak rzeźnik w opętańczym obłędzie, czy też tańcu śmierci, aż do rozwalenia jej, potem już chcąc pokroić drobniej, pęka... rozpada się i wtedy, jej skórka jest ostra jak szkło.
         Gdy dynię uda się okiełznać i jest już pokrojona, mniej więcej, w dość grubą kostkę, ok. 4cm, udajemy się w stronę apteczki w celu zaklejenia wszelkich zranień, stłuczeń, nacięć.
Krew i dynia to nie jest jednak najsmaczniejsze połączenie.

Teraz do działa, znaczy do dzieła.

Przygotować należy:

3 ogromnie zęby czosnku (najlepiej użyć czosnku wampirycznego - wampir jeszcze skórki ząbkiem nie naderwie, a ryczy jak baba) Jeśli brak wampirycznego można użyć zwykłego, 6 ząbków.
grubą sól
oliwę z oliwek ok. 1/2 szklanki - jeśli jeszcze uchowały się  jakiekolwiek szklanki po zapasach z dynią. Gdy wszystko wytłuczone można pożyczyć od sąsiada słoiczek po przecierze pomidorowym.
oregano lub inne zioło


        Ze wszystkich składników zrobić marynatę w misencji, utrzeć ładnie, wrzucić dyńkę, pogmerać łyżeczką, by ładnie cała wytaplała się i okleiła.
        Rączki, w rękawiczkach chirurgicznych najlepiej odziane, niechaj teraz przeniosą te kawałki do naczynia żaroodpornego albo jakiejś blaszki.

        Piekarnik trza było wcześniej załączyć oczywiście, kurcze skleroza, na 180stopni. W walce się zapamiętałam i o piecu zapomniałam.
Jak nagrzany to piec przez 40 minut albo dłużej, tak by widelec wchodził jak w masełko,  a po chałupie roznosił się upiornie cudny zapach czosnkowy.


Gotową dynię spożywamy ze skórką :-) Dla mnie był to posiłek solo lecz można oczywiście zamiast ziemniaków podać lub sałatki czy też surówki.



Dynia pieczona

          Większe kawałeczki, których już nie byliśmy w stanie piłować i trzaskać się z nimi bez opamiętania, układamy na blaszce, tej z wyposażenia piekarnika, wyłożonej papierem do pieczenia.
           W paluszki łapiemy pyndzel i smarujemy dyńkę, samą goluśką oliwą z oliwek, żadnych przypraw i soli, bo paluch odkroję ;-)


Ciepła dyńka pyszna, zimna też znakomita. Obłędna! :-)
Palce lizać! Te ocalone i te ranne również :-)

Całuję w paluszki, smacznego :-)